Aborcyjna wojna kulturowa

Drukuj

Aborcja jest doskonałym pretekstem do otwarcie kolejnego frontu wojny kulturowej. A wojna... jak to wojna... Wymaga mobilizacji wojsk, domaga się radykalizacji dyskursu i emocjonalnego zwarcia szeregów, budzi w człowieku poczucie zagrożenia przed armią różnie zdefiniowanego "wroga". Sprawa aborcji to kolejny front wojny kulturowej. Tym razem jednak nie otwiera go sam Jarosław Kaczyński, ale hierarchowie Kościoła katolickiego wraz z częścią wspierających PiS środowisk ultrakonserwatywnych. Widmo krąży po Polsce, widmo "dżenderyzmu"!

Garść faktów o aborcji w Polsce

Polska jest krajem europejskim posiadającym jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych (bardziej restrykcyjne prawo posiada tylko Malta). Ponadto – nie licząc Malty – w Polsce i Irlandii kobiety mają najbardziej utrudniony dostęp do zabiegów przerywania ciąży, nawet kiedy zachodzą przypadki gwarantowanej przez krajowe ustawodawstwo możliwości skorzystania z legalnej aborcji. Aborcja jest bowiem w Polsce legalna i gwarantowana przez państwo, kiedy (1) zagrożone jest życie lub zdrowie matki, (2) mamy do czynienia z ciężkim i nieodwracalnym upośledzeniem płodu bądź chorobą zagrażającą jego życiu oraz gdy (3) ciąża jest efektem czynu zabronionego. Ów drugi przypadek środowiska ultrakonserwatywne określają mianem „aborcji eugenicznej”, jednak pamiętać trzeba, że z eugeniką niewiele ma to wspólnego.

W ostatnich dniach część prawicowych mediów i słynnych „prawicowych publicystów” (sic!) przypomina nam o tym, jak „lawinowo” rośnie w Polsce liczba tzw. legalnych aborcji. Przyjrzyjmy się więc tej lawinie! W 2002 r. przeprowadzono w Polsce – według danych ze sprawozdań Ministerstwa Zdrowia – 159 legalnych zabiegów aborcyjnych, zaś w roku 2011 było ich 669, w 2012 – 752 (choć szpitale obciążyły NFZ opłatami za 1207 takich zabiegów), w 2013 – 744 (1354 według rozliczeń NFZ). Jeśli przyjąć za punkt wyjścia rok 2002, wówczas rzeczywiście widzimy pięciokrotny wzrost w perspektywie jednej dekady. Ale nie dajmy się zaślepić tym liczbom!

Organizacje zajmujące się podziemiem aborcyjnym w Polsce – powoływał się na ich dane tygodnik „Newsweek” w 2014 r. – wskazują, że Polki dokonują faktycznie ok. 150 tys. aborcji rocznie! Podziemie aborcyjne kwitnie, a turystyka aborcyjna Polek jest faktem, który trudno podważać. I choć nie jesteśmy w stanie tego policzyć, bowiem większość niemieckich, czeskich czy duńskich klinik, w których Polki dokonują zabiegów aborcyjnych, nie upublicznia danych dotyczących narodowości czy obywatelstwa swoich klientów, to jednak od lekarzy pracujących w Niemczech wiemy, że należy tutaj mówić o setkach przypadków rocznie w odniesieniu do każdego z przygranicznych miast. Czy właśnie w taki sposób wyobrażamy sobie ochronę życia nienarodzonego w Polsce?

Przez wiele lat w Polsce utrwalała się praktyka „ochrony płodu” poprzez „grę na czas”, jaka odbywała się w wielu polskich publicznych szpitalach. Większość z nas zapewne pamięta tzw. sprawę Agaty sprzed paru lat oraz casus Alicji Tysiąc, która wygrała później sprawę przeciwko państwu polskiemu w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Kobiety uprawnione do legalnej aborcji były odsyłane od szpitala do szpitala, kolejni lekarze zasłaniali się klauzulą sumienia, dyrektorzy zwlekali z decyzją dotyczącą dopuszczenia (lub niedopuszczenia) kobiety do odpowiedniego zabiegu. Sprawiało to, że de facto prawo kobiety było łamane, a tym samym litera prawa nie przekładała się na codzienną rzeczywistość. Kilka lat temu Ewa Kopacz jako minister zdrowia wprowadziła zapis zobowiązujący szpitale publiczne do wskazania kobiecie miejsca zabiegu, jeśli zatrudnieni w szpitalu tym lekarze uchylali się od wykonania aborcji powołując się na sumienie. I chwała jej za to! To chyba największe (obok ratyfikacji tzw. konwencji antyprzemocowej) osiągnięcie Kopacz.

Nowe sieci wykluczenia

Rzeczywistość wygląda więc tak, że środowiska konserwatywne mamią nas opowieściami o tym, że Polska powinna stać się enklawą chroniącą życie nienarodzone na terenie grzesznej aborcyjno-eutanatycznej Europy i na przeszkodzie do realizacji tego celu stoi zaledwie kilka zdań w ustawie o planowaniu rodziny. Nie mówi się już o tym, że oficjalne liczby są jedynie kroplą w morzu „aborcyjnej szarej strefy”. Aktualna inicjatywa zaostrzająca jeszcze bardziej to złe – bo nieefektywne – prawo, ma na celu sztuczne uczynienie z Polski raju „narodzeniowego”. Jedyny efekt, jaki może zostać osiągnięty, to uniemożliwienie wykonania za pieniądze podatnika i w cywilizowanych warunkach tych około tysiąca aborcji, które najczęściej spowodowane są rzeczywistymi problemami zdrowotnymi kobiet bądź groźnymi dla zdrowia i życia dziecka lub matki wadami płodu.

Całkowite zakazanie aborcji przede wszystkim uderzy jednak w kobiety, których nie stać na dokonanie zabiegu aborcyjnego za granicą. One podejmować się będą albo ryzykownych metod, o jakich każdy nastolatek przeczytać może w sieci, albo zaryzykują wykonanie „taniego” zabiegu w podziemiu w Polsce, z reguły w uwłaczających ludzkiej godności warunkach i z ogromnym ryzykiem dla zdrowia kobiety (w szczególności zaś dla jej późniejszych zdolności rozrodczych). Inicjatywa ta zakłada, że aborcja w tych około tysiąca przypadkach, do jakich dochodzi legalnie w naszym kraju, jest dla kobiet niczym usunięcie migdałków, gdy tymczasem decyzja o niej najczęściej wiąże się z poważnymi dylematami, niekiedy wręcz tragedią życiową potencjalnej matki.

Inicjatywa ta zakłada również, że zabronienie zdesperowanej, załamanej czy po prostu zdeterminowanej kobiecie aborcji poskutkuje tym, że kobieta ta – wedle życzenia episkopatu i konserwatywnych środowisk – zabiegu rzeczywiście nie wykona. Jest to myślenie o człowieku (w szczególności zaś o kobiecie!) jako o bezwładnej masie, która biernie podporządkowuje się nawet bzdurnym i szkodliwym rozstrzygnięciom i zaleceniom Lewiatana. Polscy ultrakonserwatyści wyobrażają sobie, że społeczeństwo można zaprojektować wedle pewnych wyobrażeń, które niekoniecznie korespondują z realiami współczesnego świata, wiedzą obywateli i świadomością ich praw oraz możliwości.

Projekt zaostrzający prawo aborcyjne jest więc pomysłem na produkcję nowej formy wykluczenia (czy też poszerzeniem sfery wykluczenia już istniejącego!), którym dotknięte zostaną polskie kobiety, w szczególności zaś te z nich, których nie stać na zagraniczną „aborcyjną wyprawę”. Najciekawsze jest to, że największym apologetą niniejszego projektu jest polski episkopat, czyli grupa panów w wieku „50+”, którzy zazwyczaj niewiele wiedzą o codzienności życia polskiej rodziny, gdyż albo dzieci nie posiadają, albo dzieci ich wychowują samotne panie (zwane przez niektórych „przybocznymi”, „gosposiami” lub „kuzynkami”), dźwigające cały ciężar odpowiedzialności za młodego człowieka, a wcześniej za zdrowie swoje i swego nienarodzonego dziecka.

Nowa odsłona wojny kulturowej

Mamy aktualnie do czynienia z kolejną odsłoną wojny kulturowej, której pierwszym frontem był już głośny projekt „Rodzina 500+”. Oczywiście, polska polityka rodzinna nie istniała i nadal nie istnieje, więc 500 zł dla rodzin niezamożnych lub średnio zarabiających będzie bez wątpienia znaczącym zastrzykiem finansowym. Jednak już w jego zamyśle tkwi – szkodliwe dla kobiet – przekonanie, że lepiej dla matki (niezależnie od jej woli) zostać w domu z dziećmi niż pracować zawodowo. Bo kto przejmowałby się tym, że kobieta po 18 latach siedzenia w domu z dzieckiem nie będzie posiadała żadnego doświadczenia zawodowego a rynek pracy zwyczajnie ją wypluje? „Rodzina 500+” jest więc w zamyśle projektem ultrakonserwatywnym, redukującym rolę kobiety do bawienia dzieci i porządkowania rodzinnego ogniska. To był jednak dopiero pierwszy krok.

Zakaz aborcji to kolejna odsłona tej wojny. Celem jest stworzenie rozbudowanego systemu gróźb i zakazów, paraliżującego i tak niewielką swobodę kobiety do decydowania w krytycznych momentach o losach swojej ciąży. Kobieta ma zostać zredukowana do roli „inkubatora demograficznego” („demograficznej ludzkiej bomby”), który nie ma prawa troszczyć się o zdrowie swoje a tym bardziej o zdrowie swojego przyszłego, potencjalnego dziecka (będącego własnością państwa, społeczeństwa bądź episkopatu). Ciekawe, że w projekcie tym nie ma mowy o nowych instrumentach edukowania młodych kobiet, rozbudowaniu wychowania seksualnego w szkołach czy stworzenia systemu oświatowego, którego elementem będzie wyjaśnianie takich pojęć, jak chociażby odpowiedzialne macierzyństwo czy szerzej rodzicielstwo.

Paradoksem tego projektu jest jednak także jego wymiar polityczny. Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński – świadomy problemów związanych z „tematem aborcyjnym”, jakie jego poprzednia koalicja miała dziesięć lat temu (m.in. bunt Marka Jurka i sprzeciw Marii Kaczyńskiej) – wolałby nie stanąć przed koniecznością podejmowania tego problemu kolejny raz. Tym razem jednak jestem przekonany, że cały PiS – w ramach cementowania konserwatywnego frontu – ów niedobry i szkodliwy projekt poprze, obawiając się reakcji Kościoła katolickiego, Radia Maryja i ultrakonserwatywnych środowisk, które w klubie PiS-u są stabilnie reprezentowane. Aborcyjna wojna kulturowa stanie się tym samym dla prezesa Kaczyńskiego kolejnym sposobem na zwarcie szeregów i umocnienie wspólnej tożsamości.

Możemy się jednak spodziewać, że jeszcze kilka frontów w ramach tej wojny kulturowej zostanie otwartych. Wszak już słyszymy o planach „ustawowej ochrony rodziny jako związku kobiety i mężczyzny”, zupełnie jakby taka formuła ochrony nie została już zapisana w polskiej konstytucji! Problem związków partnerskich na pewno pojawi się w najbliższych miesiącach jako symbol europejskiego zepsucia, choć przecież ani SLD za rządów Leszka Millera, ani PO za Donalda Tuska i Ewy Kopacz, nie byli w stanie takiej ustawy przez sejm przeprowadzić, więc tym bardziej po dzisiejszym sejmie trudno czegoś takiego się spodziewać. Dyskusja na ten temat będzie więc wyłącznie odsłoną retoryczną tej kulturowej wojny, tymczasem zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej wykracza poza samą sferę retoryczną, ale w sposób namacalny dotyka życia polskich kobiet.

* Grafika w tle zaczerpnięta została ze strony: http://www.papilot.pl/.

Czytaj również