Gra ordynacją wyborczą

Drukuj

Politycy PiS-u potwierdzają, że trwają prace nad nowelizacją kodeksu wyborczego. Opozycja przekonuje, że celem zmian jest utrzymanie władzy przez PiS bądź przynajmniej zminimalizowanie strat przy okazji kolejnej parlamentarnej elekcji. Wbrew temu, co opowiadają telewidzom działacze ekipy rządowej, system wyborczy, kształt okręgów wyborczych oraz metody przeliczania głosów na mandaty są skutecznymi sposobami wpływania na ostateczny wynik wyborczy. Nikt nie powinien mieć żadnych złudzeń co do tego, że każda zmiana w ordynacji wyborczej - tak samo aktualnie planowana przez PiS - szyta jest zawsze pod określony polityczny interes.

System wyborczy i manipulacja wynikiem

Rzeczywiście od lat Prawo i Sprawiedliwość opowiada się za wprowadzeniem w Polsce systemu mieszanego. Z dużym prawdopodobieństwem politycy ekipy rządowej będą o tym nieustannie przypominać. Argumentować będą, że od dawna planowali taką zmianę i aktualnie nie ma ona zupełnie nic wspólnego z próbami manipulowania wynikiem kolejnych wyborów. Jednak trzeba być świadomym, że każda partia władzy dąży do zmaksymalizowania swoich szans w kolejnych wyborach, a co najmniej do zminimalizowania swoich strat.

Wystarczy przypomnieć sobie, jak w 2001 r. AWS, UW oraz nowo powstałe PO i PiS zmieniły metodę przeliczania głosów na mandaty w wyborach do sejmu z d’Hondta na Sainte-Laguë, w skutek czego SLD Leszka Millera nie zdobyła bezwzględnej większości głosów w sejmie, a małe ugrupowania zwiększyły swój stan posiadania o kilka mandatów każde. SLD przekonane o tym, że rządzić będzie w Polsce przynajmniej dwie kadencje zaraz po zwycięstwie w 2001 r. przywróciło metodę d’Hondta promującą duże ugrupowania kosztem małych. W 2005 r. wzmocniło to PiS i PO, a ówczesny LiD „stracił” przynajmniej kilka mandatów.

PiS zapowiada wprowadzenie systemu mieszanego, wzorowanego na rozwiązaniu obowiązującym w wyborach do niemieckiego Bundestagu. Wprowadzenie wyborów mieszanych do sejmu najprawdopodobniej jest możliwe z punktu widzenia konstytucyjności takiej nowelizacji. Co prawda mamy w konstytucji powiedziane jednoznacznie, że wybory do sejmu są proporcjonalne, jednak zapewne już połowa mandatów przydzielanych proporcjonalnie wystarcza, aby tę zasadę spełnić. Kluczowe będzie jednak to, jak ten system zostanie zorganizowany w szczegółach, bo przecież – jak wszyscy wiemy – diabeł tkwi w szczegółach!

System mieszany według PiS

W systemie mieszanym połowę mandatów obsadza się w wyborach proporcjonalnych, zaś drugą połowę – w wyborach większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych. Polski wyborca w 2019 r. dostałby dwie karty do głosowania do sejmu: na jednej głosowałby na partię według zasad zbliżonych do dzisiejszych, na drugiej wybierałby kandydata zgłoszonego w JOW-ie. Skutkiem takiego rozwiązania jest wzmocnienie pozycji dużych ugrupowań oraz osłabienie ugrupowań mniejszych. W dzisiejszych realiach sejmowych przy zastosowaniu tego systemu wyborczego kluby Kukiz’15, Nowoczesna i PSL pewnie miałyby o połowę mniej mandatów, zaś PiS i PO proporcjonalnie więcej.

Kluczowe przy projektowaniu nowego systemu wyborczego będą kwestie szczegółowe, nie zaś sama ogólna formuła.

1) Jakiej wielkości będą proporcjonalne okręgi wyborcze? W tym systemie: im większe będą okręgi wyborcze, tym większe szanse na realne odzwierciedlenie preferencji elektoratu. Z dotychczasowych zapowiedzi PiS-u wynika, że okręgami wyborczymi będą województwa. To akurat należałoby uznać za dobry pomysł, bo będą to okręgi duże, czyli podział mandatów dość wiernie powinien oddawać rzeczywiste sympatie polityczne Polaków. Ponadto wydaje się, że prawie 20 lat po wprowadzeniu nowego podziału administracyjnego kraju taki podział na okręgi byłby po prostu bardziej racjonalny. Istnieje jednak obawa, że w takich dużych okręgach wyborczych kandydaci dużych miast całkowicie już zmarginalizują kandydatów z prowincji.

2) Jaka metoda przeliczania głosów na mandaty w wyborach proporcjonalnych? Jeśli zostanie utrzymana metoda d’Hondta, wówczas system ten wspierał będzie – tak jak to jest dziś – partie zwycięskie czy też duże kosztem małych ugrupowań. Wydaje się, że w tym przypadku lepszym rozwiązaniem byłoby zastosowanie metody Sainte-Laguë, która zapewni szerszą reprezentację mniejszych środowisk politycznych. One przecież nie będą miały zbyt wielkich szans w starciu o mandaty w JOW-ach, więc byłaby to swoista dla nich rekompensata. Sądzę jednak, że tutaj PiS będzie optował raczej za metodą d’Hondta, korzystną dla zwycięzców i dużych partii.

3) Jakiej wielkości będzie próg wyborczy? Czy zostanie utrzymany próg 5% dla partii i 8% dla koalicji? A może w ogóle próg wyborczy w tym przypadku zostanie zniesiony? Tego nie wiemy. Z perspektywy reprezentatywności w systemie mieszanym próg wyborczy – jeśli go utrzymać – powinien być niewysoki, np. 3%. Ponieważ połowa mandatów jest obsadzana w JOW-ach, to nie istnieje ryzyko nadmiernego rozbicia politycznego w parlamencie. Z punktu widzenia interesów PiS-u – przy założeniu wyniku odpowiadającego dzisiejszym sondażom – będzie zapewne utrzymanie progów wyborczych na aktualnym poziomie.

4) Jakie będą granice JOW-ów? To jest sprawa kluczowa w ordynacjach większościowych. Historia zna dziesiątki przykładów, kiedy to – czasami w sposób nie tylko sprzeczny z tradycją i rzeczywistymi związkami lokalnymi, ale wręcz totalnie absurdalny – manipulowano kształtem okręgów wyborczych tak, by zapewnić zwycięstwo określonej opcji politycznej. Przykłady zjawiska „gerrymanderingu” znane są zarówno w USA, jak też Wielkiej Brytanii. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że w Polsce wschodniej – głosującej częściej na PiS – JOW-y będą mniejsze i mniej gęsto zaludnione, zaś w Polsce zachodniej odwrotnie. Sprawiłoby to rzecz jasna, iż głos mieszkańca Polski wschodniej miałby de facto większe znaczenie niż głos mieszkańca Polski zachodniej. Oby tak nie było! Jednak trudno mi uwierzyć, że politycy nie wykorzystają takiej okazji!

5) Jaki model wyborów większościowych w JOW-ach? Trzeba będzie również rozstrzygnąć, czy wybory w JOW-ach będą miały charakter „first-past-the-post”, czyli „zwycięzca bierze wszystko” (jak to jest w Wielkiej Brytanii, USA czy w naszych wyborach do senatu i gmin nie będących miastami na prawach powiatu) czy też zdecydujemy się na model francuski z drugą turą i koniecznością uzyskania przez kandydata na posła bezwzględnej większości głosów w okręgu. Model pierwszy jest bardziej korzystny dla dużych ugrupowań, a jednocześnie sprawia, że mandat zdobyć można jednym głosem przewagi i z proporcjonalnie niewielkim poparciem w okręgu. Model z drugą turą jest bardziej korzystny dla mniejszych ugrupowań, gdyż daje im możliwość wchodzenia w lokalne alianse i przez to brania realnego udziału w walce o JOW-y. Myślę, że PiS-owi będzie zależało na modelu „zwycięzca bierze wszystko” i nawet nie będzie dyskusji nad wprowadzeniem modelu większościowego z większością bezwzględną. A szkoda!

Jak na razie o kształcie projektu PiS-owskiego wiemy niewiele, więc można jedynie spekulować. Jak widać jednak po tych kilku powyższych uwagach, zmiana systemu wyborczego jest kwestią niezwykle istotną i odgrywa ogromne znaczenie dla ustalania wyniku wyborczego. Nie wolno tej sprawy bagatelizować.

Cui bono?

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nowy system wyborczy do sejmu, jeśli rzeczywiście nowelizacja taka zostanie uchwalona, będzie stworzony w taki sposób, aby zmaksymalizować zysk i zminimalizować stratę PiS-u w następnych wyborach parlamentarnych. Beneficjentem tego systemu będzie też duża partia opozycyjna – czy to Platforma, czy to Nowoczesna – która przejmie władzę po odejściu partii Kaczyńskiego (jeśli oczywiście do „odejścia” Kaczyńskiego dojdzie, bo przecież nie będziemy się dziś zakładać o życie ciężarnej zakonnicy przechodzącej przejściem dla pieszych). Może się jednak okazać, że system zostanie „napisany” w taki sposób, że nie trzeba będzie mieć poparcia większości Polaków, żeby mieć większość bezwzględną w sejmie!

Oczywiście przewidywanie wyniku wyborów 2019 r. jest dziś niczym wróżenie z fusów. Do tego czasu Platforma Obywatelska będzie mogła się odbić od dna (dziwne by było, gdyby nie odbiła się partia, która posiada rozbudowane i stabilne struktury w całym kraju), a nowe kierownictwo możliwe, że znajdzie lepszy sposób na przekonanie Polaków do siebie. Do tego czasu Nowoczesna może być drugą albo pierwszą siłą polityczną w kraju gotową do przejęcie władzy (dziwne by było, gdyby Ryszard Petru i jego ludzie nie wykorzystali tej szansy na stworzenie swoistej „nowej jakości”). Do tego czasu może dojść do reorganizacji na lewicy, która odbierze przynajmniej część elektoratu pozostałym partiom (choć w to akurat wierzę najmniej).

Nie należy jednak mieć złudzeń co do intencji środowisk wnoszących jakiekolwiek projekty zmian w systemie wyborczym: zawsze jest to warunkowane interesem wnioskodawców! W demokracji bowiem ważne jest nie tylko kto głosuje, ale także JAK liczymy głosy.

 

Zdjęcie w tle na podstawie zasobów Biblioteki Kongresu: https://www.loc.gov/exhibits/treasures/trr113.html [23.01.2015].

Czytaj również