Rechot starego reżimu, czyli jak III RP nie poradziła sobie z historią

Drukuj

Nie zamierzam pisać o Wałęsie. Jego dorobek jako przywódcy "Solidarności" został opisany ze szczegółami i bezsprzecznie powinniśmy być z niego dumni. Jego lata prezydentury politolodzy i historycy oceniają różnorako, dostrzegając blaski i cienie, sukcesy i porażki. Jego "uwikłanie" w relacje z bezpieką w latach 70. nie przekreśla jego późniejszych zasług, choć pewnie lepiej by było dla legendy "Solidarności", gdyby również sam zainteresowany ze swoją przeszłością się rozprawił i zrobił to publicznie. Jednakże sprawa teczek z szafy (czy też z piwnicy) Kiszczaka powinna skłaniać nas bardziej do historycznej dysputy wokół III RP niż wokół przebadanej i opisanej przez historyków przeszłości Wałęsy (wszak dotychczasowych badań żaden historyk nie podważył), z którą w pierwszej kolejności on sam powinien się zmierzyć.

Prawda i pojednanie

W 1995 r. Adam Michnik i Włodzimierz Cimoszewicz opublikowali w „Gazecie Wyborczej” odezwę pod znamienitym tytułem „O prawdę i pojednanie”, w której wzywali do zasypania rowów nieporozumienia, niechęci i nienawiści między przedstawicielami elit postsolidarnościowych i postkomunistycznych. Wskazywali, że budowa „nowej Polski” nie może być wypadkową nieustannego starcia między ludźmi starego reżimu a potomkami dawnej antykomunistycznej opozycji. Problem jednak w tym, że III RP w istocie rzeczy nie została zbudowana ani na prawdzie, ani na rzeczywistym pojednaniu. Tymczasowy sojusz taktyczny, jakim był Okrągły Stół, nie miał nic wspólnego z pojednaniem; zaś spóźnione utworzenie Instytutu Pamięci Narodowej wraz z symboliczną w formie ustawą lustracyjną stały się jedynie niewystarczającym odbiciem prawdy, czasem jej karykaturą.

Nowe elity III RP pod wieloma względami nie stanęły na wysokości zadania, jakim po 1989 r. było zbudowanie nowego państwa. I bynajmniej nie należy o tym mówić tonem oskarżycielskim, albowiem jedynie swoistym political fiction byłoby dziś przekonywanie, że niektórzy z nas wobec sytuacji społecznej, politycznej i gospodarczej, w jakiej dawni opozycjoniści znaleźli się w pierwszych latach odzyskanej suwerenności, zachowaliby się inaczej, lepiej, właściwiej. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że na 27 lat po Okrągłym Stole powinniśmy dokonywać odważnie krytycznych analiz, tak historycznych, jak politologicznych, obranej przez liderów III RP formuły zmian, jaką zapoczątkowano w 1989 r. Szafa Kiszczaka i teczki dotyczące Wałęsy pozwalają nam na jedną z odsłon takiej analizy krytycznej.

1. Kiszczak nie był człowiekiem honoru

Po pierwsze, przekonanie, że komuniści, którzy pod koniec lat 80. zaczęli zabiegać o porozumienie z tzw. konstruktywną opozycją, byli ludźmi honoru, którym zależało na losach Polski, należy wrzucić między bajki. Chodziło im o zainicjowanie takiej ścieżki przemian, aby w jak największym stopniu zagwarantować sobie przejście przez nie suchą stopą. I błagam, nie zniżajmy się do doszukiwania się tutaj jakichś durnych spiskowych teorii dziejów. Takie działanie komunistycznych elit było uzasadnione z punktu widzenia interesów politycznych i gospodarczych, i każda władza zachowywałaby się podobnie, gdyby powoli nabierała świadomości, że jej fundamenty kruszeją.

Opowiadanie bajek o tym, że Kiszczak był człowiekiem honoru, to przejaw albo bezwzględnej naiwności, albo nieprzeliczalnej głupoty. Honor Kiszczaka – nie będę już nawiązywał do wydarzeń lat 80., do kopalni „Wujek” czy szeregu innych spraw, których nikt szefowi bezpieki nigdy nie udowodnił i raczej nie udowodni – najlepiej pokazują teczki Wałęsy. Przecież z jakiegoś powodu Kiszczak wykradł je z odpowiednich archiwów, z jakiegoś powodu trzymał je w domu, z jakiegoś powodu nigdy ich Wałęsie nie przekazał ani nie zniszczył. Wybaczcie prostotę mojego rozumowania, ale raczej nie jego honor go przed tym powstrzymywał.

Błędem nowych elit III RP była nadmierna wiara w szczerość intencji komunistycznych przywódców. I bynajmniej nie chodzi o to, by wszystkich dawnych aparatczyków PRL-owskich – w duchu odpowiedzialności zbiorowej – uznać za klonów Kiszczaka i wyeliminować z życia społecznego, politycznego czy intelektualnego III RP. Porozumienia z nimi jednak powinny mieć charakter jedynie taktyczny, a towarzyszyć im powinna świadomość, że są oni bardziej doświadczonymi politycznymi graczami, że to oni zjedli zęby na państwowych i partyjnych rozgrywkach, że byli lepiej zorganizowani towarzysko i lepiej umocowani biznesowo. Tego niestety w latach 90. naszym nowym elitom zabrakło.

2. Okrągły Stół nie był rewolucją

Po drugie, ciągłe przywoływanie przez media różnych nurtów rewolucyjności Okrągłego Stołu nie ma nic wspólnego z faktami historycznymi. Komunizm w Polsce nie upadł, ale – żeby użyć chyba najbardziej adekwatnego określenia Antoniego Dudka – dokonano jego systematycznego demontażu. Droga do Okrągłego Stołu była długa, a i samo zdemontowanie prawnych, politycznych i instytucjonalnych fundamentów Polski Ludowej zabrało jednak kilka dobrych lat, a w niektórych sektorach rzeczywista przebudowa instytucji ciągle się dokonuje. III RP nazbyt przywiązała się do Okrągłego Stołu jako fundamentalnej wartości, jako mitu założycielskiego.

Rewolucję w większym stopniu przypominał karnawał „Solidarności” w roku 1980. Znamiona rewolucji znajdujemy raczej w masowości uczestnictwa w pierwszej „Solidarności” Polaków, którzy niejako przebudzili się z letargu gierkowszczyzny. Niektóre środowiska potraktowały jednak Okrągły Stół i jego postanowienia jako swego rodzaju świętość, drżały przed złamaniem któregoś z postanowień, a Wałęsowskie hasło „przyspieszenia” traktowały jako przejaw politycznego awanturnictwa. Powiedzmy więc sobie wprost dziś z perspektywy niemalże trzech dekad: nowym elitom polskim trochę jednak zabrakło wyobraźni, odwagi i intuicji. Dziś widzimy to chyba wystarczająco jasno i nie bójmy się do tego przyznawać.

Bądźmy więc dumni z tego, że udało się rozmontować komunę bez ofiar i większych ryzyk, że Okrągły Stół stał się symbolem porozumienia ponad podziałami politycznymi katów z ofiarami. Pamiętajmy jednak, że dla komuny porozumienie to miało charakter wybitnie instrumentalny, a dopuszczenie tzw. konstruktywnej opozycji do władzy miało być przede wszystkim zrzuceniem na nią części odpowiedzialności za katastrofalną sytuację gospodarczą i jej naprawę. Nie zapominajmy również o tym, że to w głowach komunistów – m.in. wspominanego już Kiszczaka – pojawiła się idea porozumienia z opozycją, a nie odwrotnie. Oni byli inicjatorami porozumień wtedy, zaś teczki Kiszczaka potwierdzają, że nawet dziś – zza grobu – to nadal oni są w stanie grać role atakujących.

3. Lustracja nie była świadectwem prawdy

Po trzecie, nowe elity III RP niewystarczająco zatroszczyły się o zbudowanie podstaw nowego państwa na fundamencie prawdy historycznej. W Chile i RPA od razu po obaleniu niedemokratycznych reżimów powołano Komisje Prawdy i Pojednania, które opisały zbrodnie obalonych dyktatur. Tymczasem w Polsce nie podjęto nawet próby powołania takiego ciała nadzwyczajnego, które stworzyłoby swoisty fundament sprawiedliwości  dziejowej, byłoby podsumowaniem czasów dyktatury komunistycznej, na bazie którego można by zbudować nowe państwo. I nie histeryzujmy! Przecież nikt nie mówi o wsadzaniu do więzień, odbieraniu majątków czy pozbawianiu tytułów, stopni naukowych czy wojskowych.

III RP nie zdołała powiedzieć dobitnie, kim były ofiary PRL-owskiego reżimu, a kim byli kaci przezeń opłacani. III RP nie oddała sprawiedliwości wszystkim naszym ojcom i dziadkom, którzy za Polskę walczyli i siedzieli w więzieniach. III RP pozwoliła, żeby funkcjonariusze totalitarnego reżimu z dnia na dzień zaczęli nazywać się socjaldemokratami (którymi do dziś nie zdążyli się notabene stać!). III RP zagapiła się, nie rozpoczęła swojej historii od nazwania Lecha Wałęsy bohaterem, niezależnie od tego, jak bardzo policyjne państwo wykorzystało go i usiłowało zdemoralizować przed założeniem „Solidarności”.

Gdyby dzieje III RP zostały zbudowane na solidnym fundamencie sprawiedliwości i prawdy, wówczas jakiekolwiek dokumenty wypływające po latach z tajnych domowych archiwów komuchów bez honoru nie miałyby żadnego znaczenia i na nikim nie zrobiłyby wrażenia. Brak dekomunizacji i de facto lustracji – bo aktualnie obowiązująca jej formuła jest właściwie „picem na wodę” – sprawiły, że takie teczki, jak te, którymi kupczyła Kiszczakowa, nadal będą mogły wypływać z różną częstotliwością i powodować małe trzęsienia ziemi. Aż strach pomyśleć, ile takich archiwów istnieje i jak wielu lokalnych liderów drży przed ich ujawnieniem przez dawnych funkcjonariuszy zbrodniczego reżimu.

Kłamstwo i wojna

Jak długo takie archiwa będą istniały, tak długo informacje w nich zawarte będą służyły do politycznych wojen, a że w dzisiejszej politycznej grze pozmieniali się aktorzy, toteż i takim historycznym orężem posługiwać się będą wszyscy, niezależnie od przynależności partyjnej czy tożsamości ideowej. Jedni będą Wałęsie wyrzucać Bolka, drudzy PiS-owi – sędziego Kryże czy posła Piotrowicza, inni znowu przypomną Platformie Boniego, Kościołowi katolickiemu – abp. Wielgusa, „Gazecie Wyborczej” – Ketmana itp. itd. Prawdą czy kłamstwem – nie ma to znaczenia – o historycznym tle będzie można bić politycznego przeciwnika, dewaluować konkurencję czy przekonywać lud o swojej moralnej wyższości.

Przetrzyjmy oczy i zdajmy sobie wreszcie sprawę z tego, kogo najbardziej umocniła ignorancja elit III RP w zakresie prawdy, lustracji i dekomunizacji: starych komuchów, którzy stworzyli swoje prywatne piwnice czy szafy z hakami na ludzi, którzy czasem pobłądzili, czasem dali się zastraszyć, a tylko czasami zwyczajnie byli kanaliami. Ta banda starych komuchów rechocze przed telewizorem, oglądając kolejny spektakl nienawiści, ze świadomością, że dziś nikt nic im nie zrobi, bo demokracja, bo państwo prawa, bo prawa człowieka, bo prawo do sądu, bo dwuinstancyjność postępowania przed sądami…

Czytaj również
  • Michał Zalewski

    „Opowiadanie bajek o tym, że Kiszczak był człowiekiem honoru, to przejaw
    albo bezwzględnej naiwności, albo nieprzeliczalnej głupoty.” Ta alternatywa jest bardzo wąska i można powiedzieć, że jej szerokość jest wynikiem bezwzględnej naiwności :) W ogóle mówi Pan często poprawnie A zapominając, że to tylko początek alfabetu.

    • Sławomir Drelich

      Panie Michale, to fakt, można tę alternatywę jeszcze bardziej rozszerzać, ale sądzę, że w tym przypadku chodzi raczej o któryś z tych członów (jednak nie jestem pewien, o który), a nie o inne potencjalne wyjaśnienia. Zgadzam się, że w kwestii oceny dorobku III RP i błędów popełnionych przez jej nowe elity, mój tekst ma charakter wyłącznie propedeutyczny. Powiedziałbym wręcz, że 1/4 A.

  • mf

    rozliczenie z PRL nalezy zaczac od odklamania historii. Nie jest bowiem prawda, ze PRL nie cieszyla sie poparciem spolecznym przynajmnie przez czesc swojego istnienia. Jezyk, ktorym posluguje sje autor, komuchy, nie odzwierciedla prawdy historycznej, tylko mit zalozycielski III RP, ktory odkresla gruba kreska PRL od jakosciowo nowej demokratycznej Polski. II RP niekoniecznie byla swieta. Demokracja zmarla w Maju 1926. Faszyzm, antysemityzm, ekonomiczna marginalizacja wielu i ciemiezenie mniejszosci byly integralna czescia II RP. Wczesniej jeszcze, Polska nie ulegla rozbiorom bez powodu. PRL byla kontynuacja nieszczesliwej Polskiej historii, ktora jednakowoz dla wielu wydawala sie byc naprawa krzywd i sprawiedliwoscia spoleczna. Socjalizm sie nie sprawdzil, co nie znaczy ze kazdy kto wierzyl w socjalizm i staral sie w socjalizmie przezyc byl potworem. Ci, ktorzy Socjalizm zastapili bynajmniej nie byli swieci. Jak sie z ta prawda rozliczymy, na co pozwala perspektywa czasu, IPN przeksztalcimy w wydzial historii i damy odpor politycznym oportunistom i przeroznym demagogom.