Rzeczpospolita Plemienna

Drukuj

Dla konserwatystów - "libertyn" promujący "cywilizację śmierci", dla lewaków i liberałów - "antydemokratyczny ignorant"; dla PiS-owców - przedstawiciel "układu", dla Platformersów - "zdrajca" i "odszczepieniec"; dla katolików - zwolennik "ateizacji" Polski i "demoralizacji młodzieży", dla niewierzących - "papista" i "katol". Użyłem tylko tych najbarwniejszych określeń, którymi określali mnie w przeciągu kilku ostatnich miesięcy moi prywatni (sic!) znajomi podczas rozmów o polityce bądź w trakcie wymiany fejzbukowych komentarzy i opinii. Jak odnaleźć się w plemiennej rzeczywistości polskiej pseudodebaty publicznej, kiedy zależy Ci na merytorycznej i w miarę (podkreślam: w miarę!) bezstronnej dyskusji o Polsce? Jak żyć?

Nędza plemienności

Wczoraj oglądałem medialne doniesienia z manifestacji organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji i chociaż kompletnie nie zgadzam się z postawioną przez KOD diagnozą na temat zagrożenia demokratycznego ładu, to jednak myślałem sobie, że może to dobrze, że ludzie chcą wychodzić na ulicę, protestować, werbalizować swoje opinie. Dziś oglądałem drugą odsłonę – marsz zwolenników aktualnego rządu pod hasłami obrony prawa do zmieniania rzeczywistości społeczno-politycznej. Cóż, trzeba by znowu przyznać, że w manifestowaniu nie ma nic złego, szczególnie w społeczeństwie demokratycznym, w którym tak dużo mówi się o niewystarczającej partycypacji obywatelskiej.

Niestety jednak nie do końca tak jest. Wczorajsze i dzisiejsze manifestacje w rzeczy samej nie są sporami o Polskę, ale są kłótnią między dwoma plemionami, które kilka albo i kilkanaście lat temu zawładnęły polską przestrzenią publiczną. Te dwa plemiona skaczą sobie do gardeł przy każdej możliwej okazji i trudno dziś wyobrazić sobie jakiekolwiek porozumienie między jedną i drugą stroną tego pseudokonfliktu. Plemienność w wydaniu polskim – choć właściwie w wydaniu PO-PiS-owskim – nie znosi żadnych światłocieni, nie zna odcieni szarości, nie rozumie umiaru. Celem tak rozumianej plemienności jest zbudowanie czarno-białej wizji świata, fałszywej, ale prostej, łatwej i z pozoru jedynie logicznej.

W takiej plemiennej rzeczywistości zawsze musisz być albo z kimś, albo przeciwko komuś. Nie ma półśrodków i nie ma żadnych konsensusów. Kompromis sam w sobie może być jedynie zgniły i zawsze plemienna optyka będzie go wartościowała negatywnie. Spór o Trybunał Konstytucyjny stanowi jedynie kolejną odsłonę tego, jak w ostatnich kilku czy nawet kilkunastu latach buduje się w Polsce plemienne postrzeganie społeczeństwa. Nie chcę w tym miejscu roztrząsać kolejny raz tego, kto, kiedy i jak złamał konstytucję, naruszył prawo, nadużył władzy. Od lat przyglądam się wnikliwie polskiej polityce – staram się to robić wykraczając poza przekaz głównych mediów opiniotwórczych i sięgam do źródeł – i widzę, że oba plamiona (PiS-owskie i Platformerskie) mają podobny stosunek do władzy i państwa: przejąć, zmanipulować, zawłaszczyć.

Wobec takiej nowej plemienności do rangi retorycznych można sprowadzić pytania socjologów o wspólnotę, stan zaufania społecznego, kapitał kulturowy czy umiejętność współpracy w polskim społeczeństwie. W jaki sposób budować te postawy, skoro oba plemiona podsycają fobie i umacniają nienawiść między dwiema częściami polskiego społeczeństwa? Jak mówić o zaufaniu, skoro przekaz medialny pokazuje, jak Polacy nurzają się w oparach nienawiści (podanej w różnym pod względem estetycznym opakowaniu)? Plemienność zabija nasze społeczeństwo, nie pozwala ukształtować się wspólnocie, niszczy fundamenty demokracji (bo to ludzie są tym fundamentem!), ale w szczególności podważa sens dyskutowania o jakichkolwiek wspólnych wartościach.

Demokracja marksistowska

Współczesna polska demokracja przypomina Marksowską walkę klas. Plemiona dążą do zawłaszczenia państwa, które usiłują uczynić narzędziem panowania i dominacji nad tym plemieniem, które tymczasowo znalazło się w odwrocie. Jeśli ktoś mi powie, że w ostatnich ośmiu latach Platforma nie zawłaszczała państwa, to najwidoczniej swój kontakt ze światem ograniczył on do kilku mediów zaprzyjaźnionych z poprzednią ekipą rządzącą. Mówię nie tylko o spółkach skarbu państwa, ale także o samorządach terytorialnych (w których brak limitu kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jest tego najdoskonalszym instrumentem), kuratoriach oświaty (których kryteria przyznawania nagród są częściej polityczne niż merytoryczne), mediach lokalnych (bo przecież to władze samorządowe finansują ogłoszenia i obwieszczenia, więc trzeba żyć z władzą lokalną dobrze), a także relacji z częścią przedsiębiorców (mniejszością) czerpiących benefity z kontraktów finansowanych z pieniędzy publicznych (w tym – europejskich).

Benefity czerpią jedynie nieliczni, ale plemienna optyka rozszerza się także na tych, dla których system benefitów żadnych nie przewidział. Tych nieuprzywilejowanych trzeba więc przekonać, że „ci drudzy” pragną coś im zabrać, czegoś ich pozbawić. Korzyści czerpią jedynie pasożytnicze grupy: właściciele lokalnych mediów zaprzyjaźnieni z władzą; radni-bezradni głosujący na polecenie lokalnych liderów tak, jak im się każe; etatowi członkowie rad nadzorczych i zarządów, którzy już dawno zapomnieli, jak to jest pracować naprawdę; politycy bez pomysłu na Polskę, którzy nawet w ankiecie jako swój zawód wpisują „poseł” lub „polityk”. Plemienność psuje życie publiczne, a karmią się nią nieliczni.

Demokracja w swojej formie nie jest w Polsce zagrożona: nie usiłuje jej rozmontować PiS, tak jak nie usiłowała tego zrobić Platforma ani tym bardziej wcześniej SLD. Demokracja nasza plemienna ma się całkiem nieźle, jednak czy o taką właśnie plemienną demokrację chodziło naszym rodzicom? Moi mają do dziś swoje legitymacje „Solidarności”, a chyba raczej trochę inaczej wyobrażali sobie Polskę jeszcze kilkanaście lat temu i nie zgodzą się z niektórymi posłankami, że o „tę konstytucję walczyli” (kolejny przykład bezmyślnej przesady plemiennej). Tak PiS dziś, jak Platforma wcześniej, tę demokrację plemienną wykorzystują dla swoich celów politycznych. Nadużywanie procedur i instytucji to akurat w naszej rzeczywistości nic nowego. Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego to „mały pikuś” wobec ułaskawienia „Słowika” czy Petera Vogla – ale może warto znaleźć też informacje, kim byli ludzie, których Bronisław Komorowski ułaskawił dwa dni przed odejściem z urzędu? Może warto o tym zrobić program telewizyjny?

Demokratów wzywam do uczciwości ocen i rzetelności w analizie działań podejmowanych przez wszystkich polityków, niezależnie od tego, jakiej są politycznej maści. Demokracja to nie jest szczekanie i ujadanie na siebie, ale spór o rzeczywiste koncepcje państwa, rzeczywiste reformy i propozycje zmian. Wiem, że partiom i mediom łatwiej karmić „ciemny lud” – wedle słów klasyka – chwytliwymi populistycznymi hasłami, ale nie takim sposobem buduje się demokrację dojrzałą, taka demokracja jest jedynie fasadą.

Głos rozsądku

Przeczytałem niedawno w „Gazecie Wyborczej” niesamowity (bo tak prawdziwy!) wywiad z prof. Jerzym Hausnerem zatytułowany „Państwo, czyli łup”, w którym ten były przecież polityk z ogromnym zawodem wypowiada się o współczesnej polskiej polityce i o krótkowzroczności polskich elit, a zarazem o bardzo złym stanie polskiego państwa. Dostrzega on również tę ślepą i nieefektywną plemienność, w efekcie której mamy dziś grupę Polaków, którzy twierdzą, że wszystko w Polsce idzie doskonale, i drugich, którym się wydaje, że wszystko idzie źle. Jedni i drudzy zamknęli się w swoich klatkach interpretacyjnych i nie chcą – bo tak im wygodnie – poza nie wyjść. Jakoś nie odbił się ten wywiad echem wśród politycznych elit! Jakoś żaden z dziennikarzy nie dyskutował o nim w studiu telewizyjnym!

Każdy głos rozsądku w rzeczywistości plemiennej musi zostać zakrzyczany. Dlatego nikt nie będzie rozmawiał z Hausnerem o jego ocenach i spostrzeżeniach, a już na pewno politycy nie będą próbowali wskazać sposobów na wyjście z tego labiryntu. Łatwiej dać się pochłonąć dychotomicznej wizji świata, bo ona przynajmniej zapewnia poczucie bezpieczeństwa, gwarantuje świadomość przynależności do plemienia, gwarantuje szczątkową tożsamość zbiorową, której Polakom tak bardzo przecież brakuje.

Liczyłem na to, że nowe ugrupowania i ruchy polityczne (Nowoczesna, Kukiz’15) sprowokują przynajmniej jakąś zmianę w dyskursie publicznym. Widzę jednak, że oba środowiska przyłączają się do plemion, które mają przecież druzgocący wpływ nie tylko na dyskurs publiczny, ale przede wszystkim na stan państwa polskiego. Liderzy polityczni przemawiający podczas warszawskiej manifestacji KOD-u nie uwiarygodniają tej inicjatywy i również sprawiają, że chyba nie jest to ścieżka do jakiejś znaczącej zmiany, a jedynie kolejny przejaw pobrzmiewającej z odbiorników od kilkunastu lat plemiennej czkawki.

A co ma zrobić ten, który nie chce należeć do żadnego plemienia? Jak zachować powinien się Polak oczekujący od władzy rozsądnego zarządzania państwem i wprowadzania przemyślanych reform i zmian, które w przyszłości przyniosą dobre owoce? W jaki sposób może on skłonić medialne machiny, żeby zabrały się za rzetelne analizowanie najważniejszych problemów Polaków zamiast mamić ich sztucznymi problemami, które odwracają uwagę od tego, co rzeczywiście ważne? Beato Szydło, Ewo Kopacz, Donaldzie Tusku – jak żyć? Na emigrację wewnętrzną oddalać się nie wolno!

Czytaj również
  • Jan Wójcik

    Dzięki za ten tekst, coraz mniej osób w tym szaleństwie, które patrzą się jak memomy Travolta.

  • Roman Grykias

    Na pytania z ostatniego akapitu odpowiedź jest. I jest nią parta Razem. Wystarczy uczciwie, to znaczy bez uprzedzeń, przyjrzeć się jej programowi i dotychczasowym metodom działania.